niedziela, 10 lutego 2013

Mój pierwszy raz.

Nie, nie. Nie będzie to opowieść o stosunkach damsko- męskich. Spodziewający się momentów, będą zawiedzeni. Mój pierwszy raz za kierownicą, pierwsza jazda szkoleniowa, pierwsze auto i wypadek. W moim wieku, ludzie chętnie wspominają różne momenty swojego życia, więc, aby nie odstawać od normy, chętnie podzielę się takowymi i jeżeli to kogoś zaiteresuje to dobrze, a jak nie, to nie ma tragedii. Najwyżej to co napiszę, przeczytam sam.

 Pierwsza jazda.


 Pierwszy raz w życiu prowadziłem samochód (raczej tylko trzymałem kierownicę) mając jakies 6-7 lat. Do naszego sąsiada, ciężarówka przywiozła z cukrowni wysłodki. Był to samochód Gaz-51 tzw. lublin. Ja i dwóch synów sąsiada, moich rówieśników (bliźniacy), w czasie rozładunku, siedzieliśmy w kabinie

. Upomnieni przez kierowcę, aby niczego nie włączać, kręciliśmy na zmianę kierownicą, udajac, że jedziemy. Normalna zabawa małych chłopców. Gdy skrzynia samochodu była opróżniona, a kierowca gotów do drogi powrotnej, zaproponował nam przejażdżkę. W swej propozycji poszedł dalej i pozwolił jednemu z nas poprowadzić auto do szosy (ok. 150-200 m). Wypadło na mnie, bo akurat siedziałem na miejscu kierowcy. Ma się rozumieć, że taki chłystek nie mógł dostac do pedałów, więc moim zadaniem było tylko trzymanie kierownicy. Szofer wziął mnie na kolana, odpalił maszynę i sam operując sprzęgłem i biegami, a ja kierownicą, ruszyliśmy. Tak dojechaliśmy do szosy. Gdy wysiedliśmy z samochodu, duma mało nie rozerwała mi piersi, a moi koledzy byli mocno zawiedzeni, że to ja prowadziłem. Jak to? To do nich przyjechał, a ktoś obcy miał frajdę z jazdy? Nie rozmawialiśmy ze sobą, chyba już do końca dnia. Ale cóż, jeśli skazani byłiśmy na siebie. to zagniewanie nie trwało długo.

 Nauka jazdy.


 Prawo jazdy zdobywałem w szkole samochodowej. Była to 3-letnia zasadnicza szkoła zawodowa, przygotowujaca do zawodu kierowcy- mechanika. Zajęcia odbywały się w systemie 3/3, tzn. trzy dni nauki teoretycznej i trzy dni praktycznej w szkolnych warsztatach. W pierwszej klasie, z zakresu szkolenia kierowców, były tylko zajecia teoretyczne z przepisów ruchu drogowego. Był to normalny szkolny przedmiot z wykładami, odpytywaniem na stopnie i klasówkami. Prowadził je starszy pan, bardzo wymagający, a jednocześnie uczciwy i wyrozumiały. Dla niego PRD były świętością i ich nieprzestrzeganie nie mieściło mu się w głowie. Jednakże wpoił w nas, że bezpieczeństwo na drodze nie zależy tylko i wyłącznie od sztywnego przestrzegania przepisów (choć dla niego to był priorytet), ale od naszego myślenia i spostrzegania za wczasu niebezpieczenstwa. W ciągu roku szkolnego, w czsie tych kilkudziesięciu godzin lekcyjnych, omówiliśmy wiele sytuacji, jakie mogą nas spotkać na drodze i szczegółowo przeanalizowaliśmy przepisy. Tak, że do zajęć praktycznych (jazd), w drugim i trzecim roku szkoły, byliśmy dobrze przygotowani. A pierwsza jazda? Jak wspomniałem, nauka jazdy zaczynała się w drugim roku szkolnym i było to szkolenie na samochodach osobowych (kat.B). W trzecim natomiast, przesiadaliśmy się do ciężarówek (kat.C). Czasami zdarzało się, że któryś z samochodów jest zepsuty i nauka odbywała się na tym, co akurat było wolne. Tak też było z moją pierwszą jazdą szkoleniową. Na tę jazdę trafił mi się, nomen-omen, identyczny samochód, jakim rozpocząłem swoją karierę (ha,ha), tzn. Gaz- 51. Pierwsza jazda odbywała się od razu na ulicach miesteczka. Co prawda, na bocznych, gdzie ruch był znikomy, ale bez wstępnych jazd na placu szkolnym. Gdy przyszła kolej na mnie (w jednej sesji uczestniczyło kilku, zmieniajacych się uczniów) i gdy zasiadłem za kółkiem, instruktor zapytał, czy już miałem styczność z kierownicą. Na moją odpowiedź, że jeździłem tylko traktorem (tak było w istocie), uznał, że to tak samo, tylko przednich kół nie widać i kazał ruszać. Okazało się, że to nie takie trudne i jakoś sobie poradziłem. Gorzej było z przełączaniem biegów. Zanim opanowałem technikę podwójnego wysprzęglania, pobawiłem się w dentystę i kilka razy policzyłem zęby trybom w skrzyni. O ile przełączanie do góry dało się opanować szybko, to nauka redukcji wymagała czasu i nieraz jeszcze po kilku jazdach, zęby dawały znać o sobie. A swoją drogą, ilu z młodych kierowców tzw. tirów, umie przełączać tak biegi?

 Pierwszy samochód i wypadek.


 Wreszcie po trzech latach nauki i po zdaniu, z wynikiem pozytywnym, egzaminu na prawo jazdy, powróciłem do rodzinnego domu. Miejscowość, w której się uczyłem była w odległości 80km od mieszkania rodziców i przez te trzy lata mieszkałem na stancjach. Dlatego zrozumiałe było to, że chciało się powrócić na stare śmieci i z nowymi doświadczeniami i niezłym fachem w ręku, zacząć dorosłe życie. Już pod koniec szkoły ojciec kupił starą skodę oktavię (r.pr. 1956), a właściwie wymienił ją za traktorek własnej konstrukcji i zaczął ją remontować. Namówiła go do tego mama, chcąc w ten sposób sprawić, żeby synek nie wyfrunął za wcześnie z gniazdka. Sami wiecie, że matka chciałaby mieć dzieci blisko siebie jak najdłużej. Tak więc, gdy powróciwszy do domu na stałe, zajęliśmy się z tatą naszym pierwszym samochodem. W tamtym czasie auto, szczególnie na wsi, to była rzadkość, a młody chłopak w samochodzie zyskiwał przewagę nad innymi pod różnymi względami. Remont skody odbywał się w przerwach między pracami polowymi i trwał przez całe lato. W tym czasie zrobiliśmy remont kapitalny silnika, połataliśmy i zakonserwowaliśmy podwozie oraz jakieś poprawki w karoserii i malowanie. Samochód był sprawny i trzeba go było zarejestrować. Toteż wykupiwszy numery próbne (tymczasowe) należało pojechać do stacji kontroli pojazdów na badania techniczne. W pobliskiej miejscowości była taka stacja, gdzie pracował mój znajomy. Samochód miał jeszcze parę wad (jak to stary grat) i postanowiłem pojechać tam. Dla towarzystwa wziąłem ze sobą kolegę i wyjechaliśmy. Pora jesienna, padał drobny deszczyk i droga trochę śliska. Nie rozpędzając się nadto ( powyżej 80 już czuło się prędkość), gdzieś ok. 60km/h wszedłem w pierwszy zakręt. Pamiętam, że poprawiałem lusterko wewnętrzne, gdy zjechałem na pobocze. Odruchowo szarpnąłem kierownicę, aby powrócić na asfalt i niepotrzebnie przyhamowałem. Wiadomo, co się stanie w takim wypadku. Samochodem zaczęło nosić od rowu do rowu, ja wykonywałem jakieś nieudolne kontry i być może, jakimś cudem udałoby mi się go wyprowadzić gdyby nie furmanka, którą w ostatniej chwili musiałem wyminąć, aby w nią nie przywalić. Prędkość, na szczęście została na tyle wytracona, że samochód zsuwając się bokiem do rowu, położył się w nim na dachu spokojnie. Pierwsze słowa kolegi brzmiały, czy żyję. Oczywiście, że żyję, więcej, nic mi się nie stało, żadnych stłuczeń ani zadrapań. On też bez uszczerbku. Woźnica szybko podbiegł do nas, wychodzących już z samochodu, wielce zdenerwowany i przerażony, że znajdzie tam tylko trupy. Po chwilowym szoku i upewnieniu się, że nic nam nie jest, spróbowaliśmy podnieść samochód na koła. O dziwo, udało się nam tego dokonać we trzech. Woźnica opowiedział nam jak to wyglądało z zewnątrz, a było nieciekawie. Taki taniec na szosie i dachowanie nie należą do przyjemnych widoków. Na szczęście, jak pisałem, szybkość była już prawie zerowa, a grube blachy karoserii nie dały się tak łatwo połamać. Ucierpiał trochę lewy błotnik i wklęśnięty dach, który kolega wszedłwszy do środka wypchnął głową i było OK. Tak zapoczątkowałem nowe życie z nowym, jeszcze pachnącym farbą drukarską, prawem jazdy. Można powiedzieć, że przeszedłem chrzest bojowy, lub, jak kto woli, straciłem dziewidztwo. Z perspektywy czasu, myślę jednak, że to zdarzenie, podświadomie (lub świadomie), wpłynęło na mój styl jazdy. Czasami sobie myślę, że taki kubeł zimnej wody przydałby się niektórym gniewnym (choć nie życzę nikomu źle) , aby ostudzić ich poczynania na drodze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz